Tak to się wszystko zaczęło…

Długo zastanawiałem się jak rozpocząć tego bloga. W założeniu ma być  to blog głównie o podróżach (choć nie tylko) warto więc rozpocząć go czymś co bezsprzecznie nazwać mogę podróżą mojego życia, choć użyta tutaj liczba pojedyncza jest niezwykle myląca gdyż tak naprawdę chodzi o dziesiątki wypraw. Wypraw w jednym konkretnym celu, by wspierać swój piłkarski klub na kibicowskim szlaku. W tym konkretnym wpisie skupię się jednak na mojej pierwszej wyprawie, która z pewnością była niezwykła i spowodowała, że do dzisiaj wyczekuję tylko weekendu i kolejnej podróży z szalikiem na szyi.

Większość z Was pewnie po przeczytaniu tego wstępu pomyślała „oho kolejne zwierzenia kibola”, ale jak to mówi Radek Kotarski, nic bardziej mylnego. Okej, może i mam za swoją drużną ponad 80 wyjazdów po kraju i świecie ale w życiu nie zdarzyło mi się uczestniczyć w bójce, a nawet nie dostałem na takiej wyprawie mandatu (co akurat jest bardziej zasługą szczęścia niż mojego zachowania bo uwierzcie mi, że o mandat na wyjazdach łatwiej niż o AIDS w Afryce). Wracając jednak do meritum będzie to opowieść takiego samego kolesia jak Wy, z normalną pracą i skończonymi studiami, który po prostu znalazł sobie hobby z dużą dawką adrenaliny.

Skąd jednak pomysł na spędzanie wolnego czasu w taki a nie inny sposób?

Cóż mówiąc zwyczajnie nie miałem za bardzo innego wyboru. Urodziłem się i wychowałem  w Chorzowie.  Miasto jednoznacznie kojarzące się z Ruchem. Miasto w którym każdy kibicuje temu klubowi od ekspedientki w spożywczaku, przez profesora wykładającego historię na Uniwersytecie (autentyk) po pisarza z literacką nagrodą Nike (również autentyk). W takim wypadku będąc młodym chłopakiem, wychowującym się kilometr od stadionu nie myślisz o koszulce Realu Madryt tylko Ruchu a Twoim idolem nie jest Zinedine Zidane tylko Mariusz Śrutwa.

Młody chłopak najbardziej zaczyna interesować się futbolem w wieku 10-12 lat, wtedy łapie bakcyla. Moim pechem było to, że ja w takim wieku byłem w latach  1999-2001. Pechem dlatego, ze mówiąc krótko stadiony piłkarskie nie były wtedy najbezpieczniejszym miejscem w Polsce, zresztą nie tylko stadiony. W 1999 roku odbył się turniej kibiców wszystkich śląskich drużyn w Spodku. Impreza skończyła się tak:

 

Logiczne więc, że po takich informacjach dochodzących do moich rodziców z mediów prędzej puściliby mnie na imprezę do chorzowskiego klubu Piramida (znanego wtedy jako jeden z większych klubów techno w Polsce)  niż na stadion Ruchu. Mój pierwszy mecz musiał więc odbyć się bez ich wiedzy i odbył się od razu z wysokiego „C” bo był to mecz wyjazdowy.

8 sierpnia 2004 roku Szczakowianka Jaworzno – Ruch Chorzów.

Miałem 14 lat spędzałem wtedy  wakacje u babci z Jaworzna. Ruch akurat spadł do 2 ligi i w jednym z pierwszych meczów mierzył się  w Jaworznie z tamtejszą Szczakowianką. Pamiętam do dziś, że wyczytałem na plakacie, iż dzieciaki do 12 roku życia wchodzą za darmo. Było to o tyle istotne, że bilet kosztował 15 zł, taka kwota dla 14 latka w 2004 roku to był pieniądze które widział raz w miesiącu jak dostawał kieszonkowe.  3 zł  dziennie na loda i chipsy były szczytem luksusu . Na moje szczęście w tamtym okresie wzrostem było mi blisko do Tyriona Lannistera  z  Gry o Tron (dla nieoglądających byłem kurduplem) więc wiedziałem, że nikt nie da mi tylu lat ile naprawdę miałem.  Mecz odbywał się o 18 , godzinę wcześniej wsiadłem w autobus i pojechałem na drugi koniec miasta gdzie znajdował się stadion. Tam napotkałem pierwszy problem. Oczywiście nikt nie wątpił w moje 12 lat ale wejść mogłem tylko z opiekunem. Podszedłem więc do pierwszego lepszego faceta i poprosiłem by wszedł ze mną na obiekt. Kontrola przebiegła bez żadnego problemu i gdy już myślałem że dopiąłem swego….

…okazało się, że los znowu ze mnie zadrwił i spowodował, że ze wszystkich bramek wejściowych prowadzących na stadion ja wybrałem tą, która kierowała mnie prosto na młyn Szczakowianki. Młyn jakby ktoś nie wiedział to potoczna nazwa tej trybuny, która odpowiada za doping.Dzisiaj po tylu latach wojaży mogę jednak stwierdzić, że był to niezwykły obiekt, a to dlatego że zaraz obok sektora najbardziej zagorzałych kibiców z Jaworzna znajdował się…sektor gości. Jako więc młody i niepokorny ustawiłem się zaraz obok klatki dla przyjezdnych i zacząłem nieśmiało kibicować. W 45 minucie sędzia podyktował rzut karny dla Ruchu, wyskoczyłem wtedy w euforii jak głupi do góry. Widząca to stojąca obok ochrona chcąc ratować mi tyłek, przed delikatnie mówiąc lekko zdenerwowanymi kibicami Szczakowianki wprowadziła mnie do kibiców Niebieskich i tam zostałem już do samego końca.  Ruch karnego nie strzelił a raczej o ironio nie strzelił go mój ulubieniec Mariusz Śrutwa a cały mecz przegraliśmy…. 6:0. Po meczu rozczarowany moim debiutem chcę wrócić z powrotem do babci a tu okazuje się, że kibice z Chorzowa eskortowani są przez policję  prosto do autobusów i odwożeni do mojego rodzinnego miasta. Jest godzina 20. Wizja tego, że o 22 wyląduje w Chorzowie i będę musiał pokazać się matce oraz wytłumaczyć jej skąd do cholery znalazłem się w domu przyprawiała mnie prawie o zawał serca. Po raz kolejny na moje szczęście okazało się, że drużyna Ruchu ma też swoich kibiców w Jaworznie i ta grupa została wypuszczona kilkaset metrów za stadionem na Osiedlu Tadeusza Kościuszki. Mimo że dzielnica ta znajdowała się prawie 4 km od domu moich dziadków, w którym musiałem być 20 minut później kamień spadł mi z serca. Opieprz od babci brzmi lepiej niż wpieprz od ojca.

Okazało się jednak, że wpieprz od ojca też nie musi być najgorszą karą jaka mnie spotka. Jeszcze na sektorze Ruchu, jeden z kibiców „Niebieskich” będąc pod wrażeniem mojej odwagi (a raczej głupoty) podarował mi „dżokejkę” z emblematem naszego klubu. Dumny z takiego prezentu nie ściągałem go do samego powrotu do domu. Dopiero parę lat później  będąc już zaznajomionym z tematami kibicowskimi dowiedziałem się jakim szczęściarzem jestem, że nic mi się nie stało gdyż ów „dom” znajdował się na dzielnicy zdominowanej przez kibiców GKSu Katowice, którzy tak się lubią z Ruchem jak mniej więcej Izrael z Palestyną.

Patrząc z perspektywy czasu z uśmiechem na ustach na tą historię jestem pewny, że to właśnie ona wpłynęła na to, że potem przez kolejną dekadę co dwa tygodnie zwiedzałem całą Polskę i Europę z pieśnią na ustach. To ona pewnie też w pewnym sensie dodała mi odwagi do innych podróży, które będę wam tutaj opisywał. Już teraz zapraszam do lektury.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s